Proste kłamstwa
Dzisiejszy wpis jest, wbrew pozorom, bardzo osobisty. Dużo w nim chaosu — robię po prostu zlew mentalny, wyrzucam z siebie różne myśli, które mi się kłębią po głowie. Jest to też podsumowanie różnych moich ostatnich postów oraz postów innych ludzi.
Od jakiegoś czasu toczy mi głowę pewna smutna refleksja. Nie jest to żadne odkrywcze twierdzenie, ale jednocześnie dość dobrze odpowiada na szereg poważnych pytań, które nie tylko ja sobie zadaję. Np. dlaczego PiS wygrał wybory? Albo dlaczego szerzy się homofobia? Dlaczego rośnie w siłę fundamentalizm? Dlaczego jest kreacjonizm?
Odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi: bo ludzie chcą prostych odpowiedzi, choćby i kłamliwych.
PiS wygrał, nie posiadając programu gospodarczego. Dał prostą odpowiedź: ludziom dzieje się w Polsce źle, bo istnieje Układ złożony ze służb specjalnych, sterowanych przez nie biznesmenów i posiadanych przez nich środków przekazu. Jeśli zniszczymy Układ, zapanuje powszechny dobrobyt i szczęśliwość. Spróbujcie w takich dwóch zrozumiałych zdaniach wytłumaczyć terapię szokową Balcerowicza.
Homoseksualizm jest dla mnie czymś, co mnie wewnętrznie niepokoi. Trudno mi myśleć o gejach, nie pamiętając przy tym o ich sposobach uprawiania seksu. Zdarzało mi się pracować w jednej firmie z homoseksualistą i co prawda po jakimś czasie zacząłem go traktować i postrzegać zupełnie normalnie, jednak nasze pierwsze spotkania odbierałem dziwnie. Mogę przyjąć, że jest to mój prywatny problem, moja ułomność i spróbować jakoś nad nią zapanować. Mogę też jednak uznać, że moja reakcja jest absolutnie prawidłowa — geje to zdeprawowane, chore jednostki, które zmieniają partnerów jak rękawiczki, ćpają i gwałcą małych chłopców. Tu z pomocą przychodzą siewcy homofobii, którzy podsuwają proste kłamstwa, takie jak np. publikacje naukowe pewnego doktora ze Stanów albo nieskomplikowane wyliczenia, z których wynika, że skoro połowa ofiar pedofilów to chłopcy, a homoseksualistów jest w społeczeństwie trzy procent, oznacza to, że wśród gejów jest kilkadziesiątkrotnie więcej molesterów niż wśród heteroseksualistów. Zaś wychowywanie dziecka w rodzinie homoseksualnej to totalna deprawacja, zresztą nie ma takiego pojęcia jak “rodzina homoseksualna”, tak samo jak nie ma czegoś takiego jak homofobia.
Na te zarzuty nie ma krótkich odpowiedzi. Dr Cameron, guru homofobów, istotnie publikuje teksty w Raportach Psychologicznych, jednak jest to dość specyficzne wydawnictwo — autorzy płacą redakcji za publikację, czyli w zasadzie zamieszczają w nim płatne ogłoszenia. Poza tym pismo nie stosuje peer review. Co to jest peer review? Poważny periodyk naukowy, zanim zamieści artykuł, daje go do zrecenzowania naukowcowi zajmującemu się daną dziedziną. Jeżeli autor wysysa z palca wyniki badań, przekłamuje cudze odkrycia lub po prostu bredzi, artykuł nie ukazuje się.
No i masz. Takie wyjaśnienie kontra “pedały jedzą kupę i są na to dowody w postaci badań naukowych”. Co wygrywa? Co łatwiej przyswoić?
O paradoksie “3% agresorów kontra 50% ofiar” pisałem już wcześniej. Wyszło mi kilkadziesiąt linijek przeciwko krótkiej i pozornie sensownej wypowiedzi.
Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne opracowuje raport o dzieciach z rodzin homoseksualnych. Czym się różnią od rówieśników? Tylko tym, że muszą znosić więcej docinek. Kto im dokucza? Pewnie dzieci tych samych ludzi, którzy pytają, jakie określone środowiska stoją za tym raportem.
Homofobowie mówią o propagandzie homoseksualizmu. Nawet jeśli uznamy, że istnieje, to co ma na celu? Ilość homoseksualistów w społeczeństwie jest stała, więc po co propagować? Wasze dzieci nie staną się gejami, bo zobaczą na ulicy trzymających się za ręce facetów. Moim zdaniem (i nie tylko moim) promocja homoseksualizmu nie istnieje, istnieje za to propagowanie homofobii.
Niektórzy swoją walkę z homoseksualizmem uzasadniają obroną tradycyjnego modelu rodziny. Zazwyczaj są to ci sami ludzie, którzy pochwalają kary cielesne jako środek wychowawczy. Czytałem kiedyś tekst, którego autor dowodził, że Niemcy w latach 30. przyjęli tak chętnie ideologię hitlerowską, bo byli wychowywani w tzw. chowie pruskim — pełnym chłodu i dyscypliny. Dziecko wzrasta dobrze, gdy jest obdarzone miłością — co za różnica, że będą je kochać dwie mamy? Alkoholizm, przemoc, nieobecność rodziców w życiu dziecka— te patologie występują pewnie częściej w tradycyjnym modelu.
Kreacjoniści bazują na tym, że przeciętny człowiek, choćby i z maturą, nie jest często w stanie pojąć teorii Wielkiego Wybuchu, nie jest w stanie zrozumieć, w jaki sposób przebiega ewolucja — za to jest w stanie wyobrazić sobie bardzo dużą łódź, na której zmieścili się przedstawiciele wszystkich gatunków zwierząt (roślinożerne na górze, drapieżniki pod pokładem). Kreacjoniści nienawidzą nauki, ubierają swoje historie w pseudonaukowe szatki z konieczności — tylko po to, żeby wprowadzić kreacjonizm do szkół. Tworzą listy naukowców popierających kreacjonizm — udaje im się uzbierać kilkuset. To dużo czy mało? Żeby to ocenić, trzeba poszperać w Internecie, np. poszukać informacji o Projekcie Steve.
Jeden z moich, khm, dyskutantów, wspomniał coś o “oświeconych” — właśnie w cudzysłowie. Co takiego jest w wiedzy, że należy jej się pogarda? Czy chodzi o fakt, że wiedza komplikuje obraz świata, zamiast go upraszczać? Fakty przeczą teorii? Najwyraźniej tym gorzej dla faktów.
Skąd się bierze ta popularność prostych i kłamliwych idei? Może ludzie zagubili się w złożoności świata i potrzebują kogoś z kagankiem, kto im wskaże drogę. Może nauka nas zawiodła i straciliśmy do niej zaufanie. Może nie mamy czasu na autopsychoterapię i potrzebujemy zwięzłych, krótkich twierdzeń, które wzmocnią nasz światopoląd, zamiast skłaniać do zastanowienia. Które przerzucają odpowiedzialność za nasze ułomności na kogoś innego.
Dlaczego ten wpis jest bardzo osobisty? Bo mi przykro. Moje widzenie świata przegrywa z doktrynalnym manicheizmem, w dodatku manicheizmem fałszującym rzeczywistość. Białe jest czarne, czarne jest białe. Ignorancja to siła.

W tym roku do Oscara w kategorii “pełnometrażowy film dokumentalny” nominowany jest niezwykły “Jesus Camp”, opowiadający o letnim obozie dla dzieci amerykańskich fundamentalistycznych chrześcijan. Pisał już o nim
Obozy letnie dla dzieci ewangelików (czy też raczej dzieci-ewangelików, o czym za chwilę) prowadzi sympatyczna grubawa pani pastor Becky Fischer. Widać, że wierzy żarliwie; modli się przy każdej okazji, nawet podczas przygotowań technicznych — “Żadnych problemów z mikrofonami, w imię Jezusa”.
Na obozie jest ogólnie wesoło. Dzieci modlą się, tańczą i śpiewają w wyczerpujących sesjach, na widok których każdy ekspert od prania mózgów uśmiechnie się szeroko i zakrzyknie “Alleluja!”. Wysłuchują wykładów o aborcji, tłuką młotkami kubki symbolizujące ziemski rząd, a nawet — nie żartuję — oddają cześć podobiznie George’a Busha z tektury. Wszystko w rytm muzyki umiejętnie podkreślającej słowa prowadzących, którzy indoktrynują dzieci przy użyciu technik, które znałem dotąd wyłącznie z badań Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. Tworzenie wspólnoty polega też na odcinaniu od świata zewnętrznego i rówieśników o innych poglądach — aż 75 procent dzieci, które zaliczają obowiązkową edukację eksternistycznie, ucząc się w domach, to dzieci fundamentalistycznych chrześcijan. “Jesus Camp” zahacza o ten temat, pokazując np. fragmenty filmów edukacyjnych o Wielkim Wybuchu (w odpowiednim ujęciu, rzecz jasna) czy podręcznik pod tytułem “Kreacjonizm i fizyka”.
W filmie pojawia się pastor Ted Haggard. Nie jest to zwykły pastor — jego kościół to tzw. megakościół, czyli gigantyczna hala z systemem nagłośnieniowym lepszym niż w Spodku, wielkimi telebimami, zespołem rockowym i kilkudziesięcioosobowym chórem. Haggard jest przewodniczącym Krajowego Stowarzyszenia Ewangelików (reprezentującego 30 milionów chrześcijan) i twierdzi, że co poniedziałek rozmawia z Bushem i jego doradcami. Właściwszy byłby czas przeszły — już po premierze filmu wydało się, że Ted ma homoseksualnego kochanka, który mu tanio załatwia zajebistą amfę. W scenie, z której pochodzi zdjęcie obok, nachyla się do kamery po wygłoszeniu płomiennego kazania o homoseksualizmie i mówi:
Właśnie, gwałtu. Powiem wam teraz, bracia i siostry, dlaczego być może nie chcecie oglądać tego filmu. W moich młodych latach szperałem trochę po sieci, szukając dla taniej rozrywki zdjęć budzących ogólną odrazę. Ogrish, bukkake, goatse i podobne. Zahaczyłem też o stronę NAMBLA, czyli jedynej (chyba) na świecie legalnej organizacji pedofilskiej. Okładki ich biuletynów to mój jedyny kontakt z dziecięcą pornografią, skądinąd w wersji bardzo soft-core. Nie wiem, jak wygląda prawdziwe kid porno, ale jeśli w molestowaniu dzieci pominąć aspekt cielesny i skoncentrować się na zdobywaniu władzy nad dzieckiem przez molestatora, łamaniu jego kręgosłupa, to ja już chyba mogę się domyślać, jak wygląda taka pornografia i jaki wstyd i gniew może wywołać u normalnego człowieka.