Mój własny altmed
Część z was zna już drugiego prowadzonego przeze mnie bloga, w którym archiwalnymi zdjęciami ilustruję wyrwane z kontekstu sentencje wygłaszane przez Astromarię i jej komentatorów. Zawsze lubiłem czytywać komcie u pani Marysi, teraz jednak czytam wszystkie dokładnie, i to niejako z obowiązku, wyszukując lolkontent dla Astromariana. Co za tym idzie, poznaję ich lepiej. Z lekkim zdziwieniem odkryłem w sobie pewną sympatię dla występującej w astromaryjnym środowisku kontestacji „oficjalnej” rzeczywistości — przypomina mi się moja własna fascynacja Jello Biafrą, którego antyestabliszmentowych tyrad (sprzedawanych w formie wielopłytowych wydawnictw) uwielbiałem słuchać jeszcze nie tak dawno temu. Przez długie lata byłem histerycznym fanem zespołu Tool, którego emploi było obtoczone New Age’em jak schaboszczak panierką. Za ich podszeptem sprowadziłem ze Stanów książkę „Nothing In This Book Is True But It’s Exactly How Things Are”, która miała mnie oświecić, a okazała się konglomeratem bzdetów o Atlantydzie, Twarzy na Marsie i Area 51. Dzięki Tool wciągnąłem się też w twórczość Billa Hicksa, który — choć to strasznie, ale to strasznie zabawny gość — również ładował mi do łba sporą dawkę dziwacznych poglądów. Siedziałem w tych historiach tak głęboko, że kiedy ukazał się „Kod Leonarda da Vinci”, mogłem wydać z siebie jedynie pogardliwe parsknięcie „Pfft, stare, było”. Na szczęście nadludzkim wysiłkiem wydostałem się z tych mentalnych opresji i dziś wspominam je jako sympatyczny, acz głupawy odlocik od rzeczywistości, który zafundowałem sobie przed trzydziestką. Choć więc dziś jestem czysty, ta jazda nie jest mi obca.
Tu byłoby miejsce na garść pseudopsychologicznych rozważań o naturze altmedowego spiskologa. Zamiast nich odwołam się do słów Olgi Tokarczuk, która powiedziała kiedyś, że choć jej literaturę przepełnia magia, w życiu codziennym woli racjonalizm. 100% racji, pani pisarko. Moje ulubione filmy i książki są pełne fantastycznych, baśniowych stworów i wyrafinowanych spisków tworzonych przez arcyzłoczyńców ze szczytów władzy — no bo o czym mam oglądać filmy, na Trygława, o bohaterskim racjonaliście, który odkrywa, że w domu NIE STRASZY? Umiem jednak wytyczyć wyraźną granicę między sztuką a rzeczywistością. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że spiskolodzy tej granicy narysować nie potrafią (bądź nie chcą). Arcyzabawnym efektem zatarcia tego podziału jest doszukiwanie się masońsko-satanistycznej symboliki w teledyskach Lady Gagi bądź odszukiwanie prawdziwych sprawców Zamachu Smoleńskiego na podstawie kiepskiego thrillera z kiepskim aktorem.
U altmedowców występuje podobny syndrom, co u fundamentalistycznych katolików: obie grupy mają obowiązek wiary w komplet dogmatów; selektywność jest bardzo źle widziana. Kiedy na portalu Wolne Media w komentarzach pod wpisem na temat chemtrails ktoś wyraził opinię, że to bzdura wymyślona dla ośmieszenia prawdziwych spisków, takich jak Smoleńsk czy WTC, spotkał się z natychmiastową ripostą, że z pewnością jest spiskowcem uczestniczącym w globalnym spisku mającym na celu ośmieszenie idei chemtrails.
Po jakimś czasie spiskologiczna twórczość staje się przewidywalna. Ci ludzie uwierzą po prostu w nawet najgłupszy bzdet. O wiele ciekawsze są osoby z naszego nihilistycznego, psychopatycznie racjonalistycznego środowiska, które noszą w sobie małe altmedowe nasionko. Wierzą na przykład, że ludzkość jest gruba, bo je za mało mięsa albo że Tradycyjna Medycyna Chińska — choć akceptują idiotyzm teorii życiowej siły chi i brak wyników w badaniach — działa akurat w ich jednostkowym przypadku. I jakoś nie mogą zauważyć, że używają dokładnie tych samych argumentów co hardkorowi wyznawcy medycyny alternatywnej.
Opinia, że My jesteśmy mądrzy, a Tamci są głupi, to krzywdzące uproszczenie. Wielu kreacjonistów czy homeopatów to osoby wysoce inteligentne. Inteligencja nie dość, że nie chroni przed złapaniem się na haczyk oszołomostwa, to wręcz pomaga mu się zagnieździć w naszej duszy. Za pomocą umiejętnej selekcji linków do PubMedu czy artykułów popularnonaukowych inteligentny człowiek jest w stanie stworzyć wiarygodną opowieść utwierdzającą go w danym poglądzie.
Muszę się przyznać, że sam noszę w sobie taki mały altmed. I nie mówię tu o kręgarzu, który umiejętnym ciosem z przekręceniem ulżył mi w bólach kręgosłupa i wyrwał mnie grabarzowi spod łopaty, kiedy medycyna oficjalna postawiła na mnie krzyżyk (tak było, przysięgam!). Mówię o moim rzucaniu palenia.
Paliłem nałogowo mniej więcej od czternastego roku życia. W takim nasileniu, że jeszcze w liceum zacząłem palić w domu, bo inaczej się nie dało. Przez dwadzieścia lat mojej kariery palacza podjąłem chyba z pięćset normalnie prób rzucenia; każda z nich była żałośnie nieskuteczna. Po kilkunastu godzinach od odłączenia dopływu nikotyny czułem się jak napięta cięciwa, trzęsły mi się ręce, włączało się widzenie tunelowe, a z każdą minutą wzrastało przeświadczenie o nieuchronności powrotu do nałogu. No i wracałem. Byłem bez szans. I tak za każdym razem, aż do piątku 10 października 2008 r., kiedy skończyłem czytać książkę Allena Carra o rzucaniu palenia i o godzinie 23:46 na swoim balkonie wypaliłem ostatniego papierosa w życiu.
Allen Carr nie powiedziałby, że to książka o rzucaniu palenia, bo według niego palenia się nie rzuca, tylko przestaje się palić (stawianie nacisku na dobór słów pewnie nie tylko mi kojarzy się z NLP i MLM). Kluczowe tezy, które do mnie przemówiły, były racjonalne i proste: każdy zapalony papieros służy wyłącznie zniwelowaniu efektów głodu nikotynowego wywołanego przez poprzedniego papierosa; rzucając palenie nie rezygnuję z czegoś, ale wracam do stanu normalności, jakim jest niepalenie; fizyczne objawy odstawienia miną po kilku dniach, więc nie ma co desperować. Szerzej o metodzie napisał kol. Radek — to zresztą dzięki tej jego notce zdecydowałem się sięgnąć po książkę Carra.
I faktycznie, było jak napisał Carr. Przestałem palić, nie miałem żadnych cięciw, trzęsawek, tuneli, cierpień. Nie tęsknię za paleniem w ogóle, czasem tylko przyśni mi się, że palę — budzę się wtedy wściekły, że kurwa, co ja głupi robię. Ostatnie dwa lata bardzo ciężko doświadczyły mnie na gruncie zawodowym i osobistym, i może piję od tego więcej czerwonego wina, ale nawet w największym dole nie przeszło mi przez myśl, żeby sięgnąć po papierosa. Jestem wolny. Na mnie Carr działa. Na Radka, mojego wybawcę, jak się okazuje, nie działa: z tego co wiem, Radek przegrał sromotnie i obecnie jest na etapie rzucania metodą Pi Dżej Es En, czyli „Palę, Jak Się Nawalę”.
No, skoro to taka rewelacyjna metoda, to na pewno coś będzie w PubMedzie. No, coś niby jest. Dwa badania ankietowe sprawdzające efektywność grupowych sesji rzucania palenia metodą Allena Carra (1, 2). Na organizacji takich sesji zarabiają jego spadkobiercy — sam Carr zmarł na raka płuc. Według oficjalnej biografii zachorował w wyniku biernego palenia: podczas prowadzonych przez niego grupowych sesji można palić. I biedaczek, już niepalący, wdychał ten cudzy dym, dostał raka i zmarł (do mnie przemawia inne wytłumaczenie: facet przez ponad trzydzieści lat swojego życia palił od trzech do pięciu paczek dziennie). Dwa inne teksty twierdzą, że brak wystarczających danych na oszacowanie efektywności metody (1, 2). Niewielka liczba publikacji trochę dziwi, bo akurat rzucanie palenia wygląda na bardzo wdzięczny obiekt dla badacza. Efekt jest binarny: albo się pali, albo nie, nie tak jak w większości tego altmedowego szajsu, gdzie głowa boli jakby mniej i rzadziej, a na pewno w innym miejscu. Istnieją metody weryfikacji prawdomówności badanych. Szkoda. Bo sam Allen Carr w swojej książce wypisuje opowieści, które niemal automatycznie kojarzą się z dr. Ashkarem czy innymi szarlatanami: setki łzawych podziękowań, misja uwolnienia świata od nałogu, 90-procentowa skuteczność i medyczny establiszment tkwiący w okopach oficjalnej dogmatyki. A przy ponownym czytaniu książka, obok owej racjonalnej argumentacji, która tak bardzo do mnie przemówiła, momentami okrutnie razi stylem podręcznika szczerzenia zębów dla MLM-owca.
Czy polecam innym tę metodę? Powiedzmy, że robię to w taki sposób, żeby nie nadwerężyć mojej reputacji negacjonisty altmedu: dodaję do swojej laurki liczne obwarowania, zastrzeżenia i możliwe inne powody sukcesu w rzucaniu palenia. A mam ich kilka:
Po pierwsze, dzieci. Jako palący grubas o siedzącym trybie życia kwalifikowałem się do grup ryzyka naprawdę wielu chorób i miałem bardzo duże szanse, że nie doczekam świętowania matury mojego potomstwa. A bardzo kocham swoje potomstwo. To sprawiło, że po drugie, byłem bardzo zdesperowany, a ponieważ spróbowałem już tych wszystkich gum i plasterków, traktowałem książkę Carra jako ostatnią deskę ratunku, wiązałem z nią ogromne nadzieje jeszcze przed jej przeczytaniem. Pamiętam, że przeczytałem ją raz i nie zadziałała, paliłem dalej. Wściekły, przeczytałem ją jeszcze raz od połowy (bo na pewno pod koniec czytałem nieuważnie i coś istotnego mi umknęło!) — i dopiero wtedy zażarło.
Po trzecie, mieszkanie z niepalącą żoną i niepalącymi dziećmi wyrzuciło mnie z moim paleniem na balkon. Zimą 2007 r., kiedy zrobiło się naprawdę mroźnie, wpadłem na genialnie prosty pomysł: otóż będę palił na klatce schodowej! Fast-forward do października 2008. Nadchodzi kolejny sezon grzewczy i mam przed sobą taką perspektywę: poranki i wieczory najbliższego półrocza spędzę zakradając się w gaciach na klatkę, niewyobrażalnie smrodząc moim sąsiadom, kuląc się przed każdym dźwiękiem otwieranych drzwi do mieszkań i cierpiąc okropne poczucie winy i ogólnego upodlenia. Jak byłem biednym studentem, dopalałem własne kiepy, gromadzone w wielkiej puszce po cukierkach toffi, ale dopiero upokarzające doświadczenie zasyfiania smrodem klatkowskiej pokazało mi, jak głupie uzależnienie może pomiatać człowiekiem, jak bardzo może go degradować. Dlatego dziś, gdy czytam bzdety Żakowskiego porównującego się do uciskanego Murzyna (są jeszcze tacy, którzy porównują się do Żydów w getcie, ale to małe chujki), to chcę mu powiedzieć tak: panie Jacku, ja pana rozumiem, pan jest nieszczęśliwy i zniewolony, i z tego swojego nieszczęścia i zniewolenia czyni pan jakiś atut, przywilej i wypisuje pan dyrdymały, zamiast wziąć się w garść, do kurwy nędzy, dziecku pan ojcem.
Po czwarte, i być może najważniejsze, przestałem palić niemal równo tydzień po otrzymaniu pocztą Cudownego Medalika. Allen Carr, pfft.
P.S. Po kilku dniach od skończenia notki ogarnęło mnie uczucie niepewności, czy na pewno udało mi się dobrze przekazać zamysł, z którym siadałem do napisania notki. Często mi się zdarza, że jak się rozkręcę, to zbyt odjeżdżam od pierwotnego szkicu: tak było chociażby w przypadku notki o doktorze Ashkarze, która wyszła jak wyszła, a chciałem napisać, że jego metoda jest super, stosuję ją od tygodnia i czuję się ŚWIETNIE, tylko coś mnie strasznie w nogę napieprza.
W tej notce nie chodziło mi o to, że metoda Carra to altmed. Altmedowe jest raczej to, że prośby o linki do badań w PubMedzie zbywam pogardliwym stwierdzeniem, że te wasze cyferki w tabelkach bledną przy potędze mojego osobistego świadectwa. I nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe!
pdjakow :
Zależy, co rozumiesz przez “wygrać”. Nie wiem, czy wygrałem ale uratowałem świat. Napirzałem cały czas do pracy (jednego dnia “lab closed” to poszedłem na dach, tam się kumpel rzucił z wysokości), potem dzień w dzień się dało. A, jak trzeba, to z córką. Dnia ostatniego się wygrywa, po czym siada z córą w parku.
Przy takim układzie wyborów żona (w tak zwanym międzyczasie) podcina sobie żyły w wannie ale to taki bonus, chyba bez wpływu na wynik. W każdym razie bohatera to chyba nie rusza.
Adam Gliniany :
Ach no tak, to ja też, ale chyba ci umknęło, że wszystko inne na całym świecie umarło.
czescjacek :
Noależ, tylko dookoła bohatera. No i córkę ratuje.
Like: dylemat z “On the beach” – czekać, starać się pracować i patrzeć, jak wszystko i tak zdycha, czy też olać wszystko, cieszyć się rodziną i zginąć z innymi.
Yaca :
Od dłuuższego czasu nawet.
Adam Gliniany :
Co pokazuje padając na kolana koło wanny. Pewnie się poślizgnął w kałuży krwi.
Lepiej byscie powiedzieli, co trzeba zrobic, zeby zagrac jeszcze raz ;)
Slotna :
Znaleźć w innym serwisie, ew. odpalić w trybie incognito (chyba), ew. przeczyścić cookiesy (chyba).
Dodam, ze zmiana przegladarki nie pomaga.
Slotna :
Prawy przycisk myszy, wejść w ustawienia flasha, ustawić “Magazyn lokalny” na “brak”, potwierdzić, odświeżyć stronę, da się znów grać. Tylko po co? Każde zakończenie jest smutne.
mic :
Link prowadzi w nicość (404).
I chyba wiem dlaczego:
http://jankepost.salon24.pl/258211,w-sprawie-lazarza
DoktorNo :
U nich to normalne.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Konwent_Świętej_Katarzyny
@ DoktorNo:
Ten link jednakowoż jest dobry.
DoktorNo :
Janke
Ojej, on zaczyna coś kumać; jak tak dalej pójdzie, to matko boska, kto wie co się stanie!
eli.wurman :
Czarna góra uniesie się nad chmurami, a Słońce wzejdzie na zachodzie.
eli.wurman :
Pewnie czyta Psych Watch to i coś mu zaczyna świtać.
@press watch
W ostatniej Polityce zmarnowany artykuł o sanatoriach. Autor tylko napomknął dla porządku o taplaniu się w błocie, ale nic poza tym, same ogólniki, że za długo się czeka, że ZUS KRUS i brony. Tu co prawda mogę się mylić, bo nigdy nie byłem w takim ośrodku, ale większość sanatoryjnych zabiegów brzmi dla mnie jak zwykłe mambo dżambo za państwowe pieniądzory.
bantus :
EUREKA!
Lewatywa z borowiny.
Nachasz :
@ŁażącyŁazarzijegoportal
Jaki pan, taki kram:
A to raz napisał w komciu pod moim blogiem na Saloonie24.pl, w sam raz do Dehylatora lub DNN:
eli.wurman :
Ja wiem: wystąpi z inicjatywą zjednoczeniową pod swoim szyldem ^^J
Gammon No.82 :
Noale idea ma być taka, że zamiast od razu rentę rehabilitacja i powrót do pracy. Tyle, że na rehab wysyłają do sanatoriów. A to jest rzecz (rehab), która działa, najlepiej to widać po top sportowcach, którzy jak dla mnie, błyskawicznie wracają do wyczynu po okropnych kontuzjach i chorobach. Co prawda nie dla zdrowia, ale też nie pracuje się dla zdrowia.
czescjacek :
Będzie inicjatywa ekumeniczna, brawa, a potem ktoś skrobnie Dominus Iesus, że tylko tu pod tym znakiem i tak historia prawicowa będzie się powtarzać w nowych formach.
bantus :
Dzięki blokadom, nie borowinie.
jezykwkosmosie :
Lubie smutne.
Adam Gliniany :
W martwym parku, a podpisy dnia tego mówią jak byk: “You had one chance”. Ja zakładam, że to nie jest wygrana. Byś może autor ściemnia, że uratować świat można… ja wychodzę z założenia, że tak, tylko nie w ten sposób.
@ JCW:
Przyjąłem założenie, że jako “wygrana” liczy się znalezienie lekarstwa.
Znalazłem ^^J
Gammon No.82 :
Chyba nie do końca. Rozumiem, że bez bólu możesz w ten sposób spokojnie chodzić do sklepu po bułki, ale nie walczyć o pierwsze miejsce, gdy liczą się setne sekundy, milimetry i byle pierdoła sprawi, że wylądujesz parę miejsc niżej. Nie mówię, że tak się nie robi, mówię tylko, że to nie wystarcza.
Notka o sanatoriach mogłaby być ciekawa, w końcu to miejsce w którym oficjalnie sponsoruje się szarlatanerię. Co innego jak pan Zenon jedzie do wsi Podlasem, żeby kupić ziółka i odblokować kanały energetyczne, co innego jak państwo go tam wysyła i jeszcze za to płaci. Urzędnik nie może odpowiedzieć “botak” albo że to “budzi nadzieję”, “on w to i tak wierzy”, na to idzie (za Polityką) prawie miliard złotych rocznie.
Zastanawiam się, jakie są dane 18 lat później. Ktoś wie?
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1376253/pdf/jmedeth00283-0007.pdf
Chodzi mi o te 15% do 85%.
Adam Gliniany :
A mnie czwartego dnia zabil kumpel z pracy.
Slotna :
Ale opowiedz coś więcej, poproszę.
Adam Gliniany :
Rzucil sie na mnie z nozem, ten, co mnie tak ironicznie wital pierwszego dnia. Z nozem i krzykiem, ze to moja wina. Pfff.
@ Slotna:
Hę. Na mnie nie chciał. Chyba czas zagrać parę razy więcej.
bantus :
To zależy. Kiedyś spędziłem trochę czasu w sanatoriach (ZZSK). Akurat w tej chorobie to sensowna gimnastyka i ćwiczenia pozwalają dłużej zachować ruchomość stawów i żeber.
Niestety, NFZ uznaje, że w tym celu trzeba na trzy tygodnie (już widzę minę mojego pracodawcy) wyłączyć się z roboty i życia rodzinnego (minę Żony też widzę).
Można by to samo załatwić fundując jakiegoś instruktora i salę na dzielnicy kilka razy w tygodniu, ale czegoś takiego nie ma. Za tanie i proste.
Natomiast zabiegi typu kąpiel perełkowa na koszt podatnika powinno się wypalić rozżarzonym żelazem.
Adam Gliniany :
Jest tez opcja, ze zona sie nie zabija w wannie. Oraz mozesz popelnic samobojstwo. Ale ten koles tak sie wlecze, ze juz mi sie nie chce, jak odkryjesz lekarstwo, to podpowiesz, co? :)
Gammon No.82 :
http://clinicalevidence.bmj.com/ceweb/about/knowledge.jsp
Kiedyś już o tym rozmawialiśmy. Proporcje są niby dramatyczne, ale:
http://blogdebart.hell.pl/2009/04/17/na-mnie-dziala/comment-page-2/#comment-38399
(przepraszam, że tak skrótowo, ale lecę spalać tę pizzę, którą dziś nagrzeszyłem, zacząłem się bowiem odchudzać)
bart :
O rany, a ja mam na zbyciu słój morderczego smarowidła na bazie smalcu.
Gammon No.82 :
Duszone jabłka BEZ cebuli w malcu? Mniam.
bez cebuli? Bożesz, to już gdyby sam Jan Bodakowski został szatanistą nie byłabym bardziej zgorszona. I może jeszcze bez czosnku i majeranku? Bart, nie słuchaj podszeptów Złego, jak już zwężać arterie morderczymi złogami to koniecznie smaloszkiem z cebulką i z innymi szykanami.
janekr :
Dorodnego malca wypatrosz, wypchaj jabłkami, duś pod przykryciem, ale NIGDY, PRZENIGDY nie dodawaj cebuli.
anna :
Z.
Z tym, że z jabłkami też.
Rzeczywiście, nie dodałem kwasu wersenowego.
janekr :
Zastanawiam się, czy z tymi duszonymi jabłkami to nie pomyłka; to chyba malec powinien być duszony?
czescjacek :
Mozna to i to, zaczac od malca. I zamiast w rondelku pod przykryciem proponuje piekarnik.
I koniecznie wypchac ziemniakami. No ale to juz inne danie.
Bart, kaceaely liczysz czy inna taktyke obrales? I jak 1000 zjadasz czy wiecej? Zrobiles ciecie o pincet czy tysiac od tego co na ogol pochlaniasz czy tez rownasz do swojego prawidlowego spozycia kcal ew minus costam?
Trzymam kciuki ale czy okres przedswiateczny jest aby na pewno dobrym czasem na rozpoczynanie diety?
czescjacek :
Kaczka duszona z chińskim okrucieństwem.
Zamiast kaczki można wszak użyć malca, choćby syna Michio…
janekr :
Można to gdzieś kupić na wagę?
Ty Chińczyku niedobry, ty…
ewa.mewa :
Czy to nie jest aby przepis Henryka Sienkiewicza – nawet uwzględnił tych, co nie mają zegarków do odmierzenia czasu pieczenia.
ewa.mewa :
Liczę kcal. Wywaliłem patelnię, pieczywko zamieniłem na chrupkie, kupiłem rękaw do pieczenia. Staram się nie przekraczać 1200 kalorii dziennie, a jak przekroczę, pokutuję na rowerku. Przeprosiłem się z tuńczykiem, jajkami, strączkowymi w puszkach i innymi takimi.
ewa.mewa :
No przecież adwent, umartwiać się trzeba.
bart :
To może ja ten słój zamrożę na jakieś ttdkn-owe spotkanie? Może nie wszyscy będą na diecie?
bart :
I przed świętami tak to wymyśliłeś? Rozumiem postanowienia noworoczne, ale tak przed Świętami Bożego Najedzenia? No chyba, że obóz narciarski… Pokuta musi być przyjemniejsza od grzechu inaczej czeka nas piekło.
bantus :
Rety, co wy z tymi świętami macie?
Yaca :
Odliczasz zdrowaski ale ile to juz nie pamietam.
bart :
Rozumiem ze warzywa i przynajmniej jedna porcja owocow dziennie.
bart :
A piszesz to jako przykladny katolik, tak? Ho, ho, ho.
I kiedy 24 grudnia pierwsza gwiazdeczka zaswieci usiadziesz swietowac narodziny Jezuska i bedziesz ucztowac. A potem prosto na ostry dyzur?
Naczekasz sie bo podobno kolejki sa dlugie. Z drugiej strony minie cie coroczna pasterka.
Rodzi sie nowa tradycja.
bart :
Słońce zwycięża swoją coroczną walkę z siłami ciemności, czy coś takiego. Za każde orbitalne okrążenie Księżyca trzeba zjeść tradycyjne danie, żeby nas wilki nie zjadły. Święta u rodziny to plus 2-3 kilo lekko.
bart :
Pieczarki!
bantus :
O to to właśnie. Dies Natalis Solis Invicti.
A to jest skądinąd fajna książka:
http://openlibrary.org/books/OL3087278M/S%C5%82on%CC%81ce_rodzi_sie%CC%A8_13_grudnia
mrw :
W zasadzie kalorii nie mają (grzyby są generalnie niestrawne) ale większość znanych mi sposobów użycia tego produktu wiąże się z pieczeniem lub smażeniem (pomijam zupę pieczarkową). Masz jakieś alternatywy?
Gammon No.82 :
I jeszcze ten rok wydania złowieszczy. Bardzo profetyczne.
RobertP :
Wydawalo mi sie, ze popkulturowy stereotyp z PRL byl “mam wreszcie spokoj, wyslalam starego do sanatorium”.
Jiima :
W occie! Dużo, dużo octu, to przy okazji zmniejszy konsumpcję malców.
@ Jiima:
Ja je sobie wrzucam po prostu na suchy teflon i posypuję przyprawami, a potem np. dokładam do kanapki z serem. PYCHA.
mrw :
Dawnymi czasy kładło się na blachę od pieca, blaszkami do góry. Co prawda gołąbki vel surojadki, nie pieczarki. Lekko oprószone solą, pieprz według gustu. Podobno można też rydze, ale mnie rydze jakoś całe życie omijały.
janekr :
A jak zaostrzy apetyt?
ewa.mewa :
Już nie róbmy takiej rewolucji. Pierwszą połowę dnia ciągnę na chlebkach Wasa i Finn Crisp oraz kawie, na obiad wyciągam jedną ze swoich zup mrożonych i na wieczór zostaje mi jakieś 300 kalorii totalnego szaleństwa.
W Licheniu powstaje ośrodek leczenia bezpłodności metodą zgodną z nauką Kościoła, lecz kwestionową przez medycynę.
. W każdy czwartek spotkanie ogólne z lekarzem i trenerami – rodzaj przyspieszonych warsztatów na temat naprotechnologii, zgodnej z nauczaniem Kościoła walki z bezpłodnością i – jak chce Kościół – alternatywy dla metody in vitro.
Po warsztatach pacjentki, czasem z mężami, kierowane są do trenerów instruktorów. Za każde spotkanie z trenerem trzeba zapłacić 100 złotych
http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/kosciol-kontra-medycyna–czyli-jak-w-licheniu-lecza-bezplodnosc-,69237,1
bart :
Jak nabial?
Mieso i ryby jesz w tej zupie z mrozonki?
Kawa i suche deski? Auu
To ja mocno trzymam te kciuki! I odzywaj sie z czasu czy jeszcze dychasz i ile jest ciebie mniej.
bart :
To tektura jest taka mauo kaloryczna? Myslałom że sporo, w końcu zawiera te no, węglowe wodany czy coś… A co na tekturę? Czy na sucho?
ewa.mewa :
Jajka w dużych ilościach, na twardo i na miękko.
Jiima :
20-30 kcal na kromkę. W czasie pracy mogę spokojnie poprzegryzać – zresztą i tak zawsze miałem blokadę mentalną w kwestii spożywania “pełnoprawnych” posiłków w robo.
bart :
A ten no… chole choleror cholesterol?
bantus :
Podobno z tym podnoszeniem cholesterolu od jajek to nie ma żadnych badań potwierdzających, a WHO dopuszcza jedzenie 10 jajek tygodniowo.
bart :
Znaczy, jak ktoś zje jedenaste, to wjeżdżają okupacyjne wojska ONZ i aresztują go na podstawie Codex Alimentarius.
@jajka Barta
W sumie to nie mam nic do powiedzenia, chciałem napisać “jajka Barta”.
bart :
Mi szarlatan od niejedzenia mięsa, cukru ani czekolady, a także od zakazu mycia włosów w okresie okresu zezwolił na jedzenie jajek w nieograniczonej ilości.
janekr :
A można w trakcie okresu myć włosy jajkami?
czescjacek :
Tak dbasz o jakość jego referrali? ^^J
mrw :
O fuj, grzyby, fuj.
bart :
Ale to chyba strasznie boli?
Drogie Bravo,
bardzo dużo pracuję, czy grozi mi
K A R O S H I ? ;_;
bart :
Klamia psiaki! Jadlam jedno dziennie i mi wywalilo ponad norme wyniki cholesterolu. bart :
Zoltkami, nie jajkami i trzeba jednak uzyc kilkakrotnie szamponu aby to zmyc.
A czy podczas okresu to nie wiem.
Zreszta, jakiego okresu? Trudnego, zimowego czy wakacyjnego?
ewa.mewa :
I komu tu wierzyć…
bart :
Jeśli są to włosy na jajkach, to nie widzę przeciwwskazań.
asmoeth :
Candida w occie.
bart :
Mi?
Ach nie, czekaj. Nie mam na to linka. No to im, niech tam.
Gammon No.82 :
Rydze (całe kapelusze) na patelni, na maśle. Po usmażeniu posolić. zakąska przed pieczenią wieprzową idealna.
bart :
Na wieczór tak całkiem? Ja osobiście dałem radę nie jedząc praktycznie nic po 18.00-19.00. To bardzo pomaga.
ewa.mewa :
No to właśnie stworzyłaś kolejne anecdata. Może chociaż skan kwitku z labo?
Yaca :
Ale to kompletnie nie dla mnie. Tak samo jak jedzenie pięciu małych posiłków dziennie. Ja tak nie funkcjonuję.
Jiima :
Zasadniczo i w szczegolach to tak mialo byc.
Nie mam skanera. Jak sie bardzo uprzesz to moze uda sie sfocic?
Tylko co to da. Raz ze nie mam poprzednich papierow z wzorcowymi wynikami, dwa, jak udowodnie ile tych jajek naprawde jadlam i trzy, czy ten cholesterol za wysoki to od jajek czy od zjadnia jednego mlaca, wymiennie z prosiaczkiem dziennie.
@ ewa.mewa:
Tak sobie marudzę, bo się zdziwiłom. Problem jednak jest, bo w kwestii jajek konkretnie słyszę bez przerwy sprzeczne informacje – jedni mówią że szkodzą, inni że nie, są też ekstremiści którzy twierdzą że pomagają. Co więcej, mam anecdata przynajmniej na poparcie dwóch pierwszych twierdzeń, za to na ostatnie to już tylko altmed, więc zignoruję je na razie.
Jiima :
Ja wpisałem w Google “jajko a zdrowie” i praktycznie wszystkie teksty z pierwszej strony, również te pisane przez lekarzy czy na medycznych portalach, powtarzały mi, żebym chill the fuck out i że wszystko jest dobrze, mogę jeść.
SPISEK LOBBY JAJCZARSKIEGO?
bart :
Lepszy byłby spisek lobby jajcarskiego. A na pewno zabawniejszy.
bart :
Najpierw chciałem napisać, że może wszystko zależy od tego, czy jajka są obrośnięte włosami. I przy tej okazji znalazłem to [uwaga sceny drastyczne].
Gammon No.82 :
Słyszałem, Josef to miał.
Gammon No.82 :
Kiszone. Surojadki kiszone. Pyszne.
bart :
Mam podobnie, pięć małych posiłków my ass. Jeśli w ciągu dnia nie mam jednego, dużego to cierpię. Na diecie zapycham się warzywami gotowanymi na parze, czy z teflonu, ale musi tego być góra na talerzu.
bart :
Tak, tak tylko co za duzo to niezdrowo, jak mowi przyslowie. I jeszcze moze gwoli wyjasnienia: na haslo nabial, to odzew nie powinien byc (tylko) jajko. Co tam jeszcze Google mowi o nabiale? Pytam Barta.
Gammon No.82 :
A to ja sobie zapodam film i serniczek na pocieszonke po tych scenach drastycznych. Musze dojsc do siebie.
ewa.mewa :
A przysłowia, jak wiadomo, są mądrością narodu. A nawet Narodu.
ewa.mewa :
Ale ja mówiłem “jajko”. Nabiał mnie nie interesuje.
bart :
Lubie sie wzajemnie gilgotac tylko problem w tym ze nie mam gilgotek.
bart :
A ja naprawde delikatnie sugeruje ze to nie jest dobrze.
ewa.mewa :
Jesteś nadopiekuńcza.
czescjacek :
Po tej dyskusji Bart ma dobre szanse na skuter w kategorii “blog kucharski”.
oj tam, raz jest o rapierach, raz jest o jajkach. musi być jakaś odmiana bo inaczej nudno by było.
to pisałam ja, osoba która schudła na diecie “jedz połowę i wyrzuć chleb z jadłospisu” oraz “im dłużej poczekasz na efekty, tym będą one solidniejsze i długoterminowe”
blue.berry :
Może być i jednocześnie, np. w “Czterech pancernych” Czereśniak mieszał jajecznicę rapierem.
Gammon No.82 :
To automatycznie zaczynamy o komunistycznej propagandzie. :)
login99195 :
E tam, Korwin i tak by zajął całą pierwszą dziesiątkę.
Gammon No.82 :
Wiem.
Czy to obelga?
Koncze z tym! Bart jest duzym chlopcem, poradzi sobie.
Skonczmy z zagladniem Bartowi w jajka.
ewa.mewa :
Ależ nie, w żadnym wypadku. Jeśli to tak zabrzmiało, to ścielę się u stóp i przepraszam.
Yaca :
No tak. 65 lat od końca wojny, 43 lata od nakręcenia serialu, 21 lat od upadku babci Komuny, zaczyna się od odchudzania, a i tak kończy się na “Czterech pancernych”.
Gammon No.82 :
Szablą!
A może “dieta im. Melchiora Wańkowicza”:
“oczy rozbłysły staremu doktorowi, kiedy ujrzał okazową statuę wkomakowaną do gabinetu przez wierną głodomorkę (piętnaście dni kompletnej głodówki).
— Co pan je na śniadanie?
— Ona — mówi złośliwie King — na śniadanie daje mi zwykle befsztyk z polędwicy, pokryty dwoma jajkami.
Cień Królika kurczy się na ławeczce pod ścianą.
— Z polędwicy? Z dwoma jajkami? — ożywia się stary doktor. — A jak duży bywa ten befsztyk, jak duży?
— Ja tak lubię, żeby zwisał z brzegów talerza.
— To funt mięsa? To więcej niż funt! — emocjonuje się stary doktor. — A na obiad?
— A drugiego śniadania pan doktor nieciekawy? Woźny mi przynosi: a to bigosik… a to wątróbkę…
— Wątroba, nic gorszego na skazę moczanową… Bigos pływa w. tłuszczu, prawda?
— Aha — przytwierdza z lubością King, który przy porannym śniadaniu na próżno usiłował naładować się rzepą. Po czym w gargantuicznych rozmiarach i obfitościach maluje obiad, który go czeka, przygotowany pod auspicjami jawnogrzeszącej żony. Stary doktor przyskakuje i poczyna miętosić pacjenta po brzuchu.
— Jaka wątroba! Co za powiększenie wątroby — mówi z zachwytem. W głosie tli się niewątpliwa sympatia, jaką mają policjanci dla rasowych gangsterów. King więc kreśli wyszukany obraz podwieczorku z „kumpiem”, kolacja rozrasta się w ucztę Lukullusa.
— A potem to już tylko podkurek.
— Cóż to znowu?
— To już całkiem późno wieczorem, na kładzenie się spać jakieś jedno, drugie danie gorące. Mam taką naturę, że nie mogę spać na pusty brzuch.”
vauban :
Ani szablą ani rapierem. Pałaszem prostym całkiem, z zamkniętą rękojeścią. Tu go widać po raz pierwszy
http://www.youtube.com/watch?v=7PW5Jzls0jU
A poniżej jajecznica.
http://www.youtube.com/watch?v=L2dh3v_jXJE
Zmylił mnie ten prosty szpikulec, co nim Gustlik wymachiwał, bo w następnym odcinku stał przy kominku.
janekr :
Czy wątroba może być sumieniem? Nie, ale wątroba z powodzeniem może kochać. Wracamy więc do “serca”. W naszym europejskim pojęciu organem odpowiedzialnym za uczucia jest właśnie serce. Nie tak sprawa się ma w innych językach. W języku chakaskim, wątroba jest siedliskiem dobrych uczuć. Specjalny przymiotnik oznaczający “dobry, kochający, dobrze odnoszący się w stosunku do innych” pochodzi od słowa “wątroba” i jeżeli bawić się w dosłowne tłumaczenie to po chakasku człowiek dobry i kochający to jest “człowiek wątrobiany”. “Wątrobowość” jest w naszym tłumaczeniu odpowiednikiem słowa “łaska”.
O tłumaczeniu Biblii na chakaski
http://www.bsm.org.pl/pl/artykuly/artykuly_o_tlumaczeniu_biblii/trudne_pytania_w_procesie_tlumaczenia.html
Ale najlepsze jest to
Kwestia obrzezania
Jeszcze jedno zagadnienie dotyczące obrzędu, który nie jest znany w kulturze Chakasów. Dla nas kultura żydowska dzięki Biblii, czy też przez fakt, że w Polsce mieszkało wielu Żydów, jest mniej lub więcej znajoma. Obrzezanie zaś jest częścią tej kultury. Co zrobić, jeżeli w języku, na który tłumaczymy nie ma ani słowa oznaczającego obrzezanie, ani prawiel nikt nie ma tzw. “zielonego pojęcia” czym samo obrzezanie jest? Moja ograniczona znajomość języka greckiego mówi mi, że polskie słowo “obrzezanie” jest dosłownym tłumaczeniem greckiego “peritome”, czyli “peri” – dookoła i “tome” czyli “ostry” lub “odcinać”, krótko mówiąc “obrzezanie”. Idąc podobnym tokiem rozumowania po chakasku tłumaczyliśmy czasownikiem “odciąć”. Ponieważ jednak “wokoło” po chakasku nijak by się nie udało, nasz ówczesny tłumacz dodawał przedrostek “z przodu”. Nie wiem jak polscy czytelnicy przed wiekami reagowali na słowo “obrzezanie”, ale nasz termin wzbudzał szczególne zainteresowanie co do tego, “komu odciąć” i “co odciąć”.Tu fantazja naszych czytelników zaczynała naprawdę pracować. Wam czytającym może wydać się to co najmniej nieprzyzwoitym lub śmiesznym, ale dla nas jako tłumaczy był to bardzo realny problem. W niektórych miejscach można było od tego terminu uciec tłumacząc po prostu “znak przymierza”, ale były miejsca gdzie trzeba było użyć akurat takiego słowa. Tak więc, wzięliśmy się na sposób i znaleźliśmy tureckie słowo na obrzezanie (chakaski należy do tej samej grupy językowej, a Turcy jako muzułmanie praktykują obrzezanie) i użyliśmy go w tych właśnie miejscach. Co prawda samo słowo nic nikomu nie mówi, ale i nie daje miejsca fantazji, a jednocześnie odsyła ludzi do słownika, który w sposób jak najbardziej przyzwoity objaśnia naturę tego obrzędu.