Życzenia przez telefon
Mało kto już pewnie pamięta, jak bardzo pojawienie się telefonów komórkowych en masse zrewolucjonizowało nasze życie. Czasem na gorsze. Na ten przykład ludzie zaczęli przykładać mniejszą wagę do punktualności, bo przecież można w każdej chwili wysłać mesa “Stoję w korku, spóźnię się 40 minut” — co, przynajmniej zdaniem spóźniającego się, zmniejsza dyskomfort oczekującego. Ale najgorsza rzecz, bracia i siostry, jaką przyniosła rewolucja komórkowa, to życzenia okolicznościowe wysyłane SMS-ami. Takie jest moje zdanie.
Może jestem staroświecki, ale wolałem kartki wysyłane pocztą. Jeśli ktoś zadał sobie trud kupna otkrytki, nagryzmolenia okolicznościowych pozdrowień, podymania na pocztę odpowiednio wcześniej przed świętami i zakupu znaczka pocztowego, znaczyło to, że pamięta o mnie, życzy mi dobrze i że jestem na jego szortliście.
Życzenia rozsyłane SMS-ami nie są zazwyczaj skierowane do konkretnej osoby, bo tylko wtedy można użyć opcji “send to many” (raz dostałem SMS-a świątecznego z moim imieniem — z lekka mnie wtedy zamurowało). Oznacza to, że takie same ciepłe słowa dostaję ja, pani konsultanka od kredytu z banku i pan Zdzisio od naprawiania domofonu. W dodatku treść życzeń w ogromnej większości przypadków brzmi tak, jakby kupiono je w specjalnym sklepie sprzedającym towar w stylu kartek z kotkiem “Przytul mnie” i dowcipów o teściowych zmaterializowanych w brzydkie gliniane figurki. W tym roku w wierszykach pojawiły się takie elementy jak palący blanty baran, zając z mokrymi jajkami i najebany ksiądz, czyli postaci, które od lat nierozłącznie towarzyszą świętu przypominającemu o Męce i Cudownym Zmartwychwstaniu naszego Zbawiciela.
Ja sobie narzekam, ale najwyraźniej taka jest cena życia w nowoczesnym społeczeństwie. W tym roku postanowiłem więc sam wysłać życzenia do wszystkich pozycji w mojej książce teleadresowej (w tym do tajemniczej postaci “Zyzio” o numerze telefonu 5248 — w ten sposób zapisałem sobie kiedyś dla pamięci PIN do starej karty bankomatowej). Niestety, nie jestem takim poetą jak moi znajomi i jakbym nie próbował, cały czas wychodził mi tekst rodem ze słowiańskiego black metalu. W końcu żona odmówiła podpisania się pod życzeniami i temat pozdrawiania znajomych (oraz Zyzia i pana od domofonu) olaliśmy.
Ale przynajmniej zapiszę go tu dla potomności.
Od pogańskich rytuałów w starej puszczy płoną dęby,
W zapieczętowanym grobie czaszka boga szczerzy zęby.
Z telefonu, który może wysłać naraz tysiąc kartek,
“Wesołego!” — esemesem życzą:
Martynka i Bartek.
fot. metropolitician.blogs.com


Wiara w UFO w moim narodzie przyjmowała różne formy, w zależności od wykształcenia i miejsca zamieszkania. Na wsiach dominowała doktryna, którą bardziej oświeceni wyznawcy nazywali “prostą i piękną ludową wiarą w zielone ludziki”. Sami zaś wierzyli w Szare Istoty i potrafili bronić swych przekonań, zadając trudne pytania w rodzaju “Jeśli w Roswell faktycznie rozbił się balon meteorologiczny, to dlaczego nie zgłosił się po niego żaden meteorolog?”. Moi wykształceni, wielkomiejscy przyjaciele twierdzili, że pociąga ich wyłącznie duchowy wymiar wiary w UFO, siła płynąca z przekonania, że nie jesteśmy sami w kosmosie. Jednak co weekend, jak reszta narodu, i oni biegali po łąkach z cynowymi talerzykami zawieszonymi na sznurkach, krzycząc Ziuuuuuuu! Ziuuuuuuuu!
Oczywiście pejoratywnego określenia “ufoludki” używali tylko odszczepieńcy. Nie było ich wielu i zbytnio się nie wychylali; kwestionowanie wiary w UFO w moim kraju nie było mile widziane, zwłaszcza od kiedy nasz rodak został dożywotnim przewodniczącym Światowego Kongresu Ufologicznego. Starali się swój sceptycyzm ubierać w ładne sformułowania w stylu “nie zaznałem łaski wiary w kosmitów”. Kiedy któryś z nich chciał powiedzieć coś niesympatycznego o UFO, zazwyczaj używał
Ludzie zamieszkujący sąsiednie kraje troszkę się z nas podśmiewali — u nich istnienie UFO było od dawna kwestionowane przez ogół, a ufologów nikt nie traktował poważnie. Mieszkańcom mojego państwa coś takiego nie mieściło się w głowach — u nas w UFO wierzono od pokoleń, była to wiara naszych praojców, cementująca naród w trudnych chwilach.
